SUP-y, Kraków i Lofoty - wywiad z Sarą i Łukaszem z SUP Kultury Kraków

Komentarze (0)

Spis Treści

    „W SUP-ach na pierwszy rzut oka nie ma niczego seksi. Jednak kiedy zaczniesz pływać i uświadomisz sobie, jak ciekawy jest świat z perspektywy wody, to sytuacja obraca się o 180 stopni”. Spotkaliśmy się Sarą Grandys i Łukaszem Chochorowskim z SUP Kultury, którzy niedawno wrócili z pływania po Lofotach i teraz opowiadają o swojej pasji, przygodach i przyjemności z przemierzania świata na deskach Stand Up Paddle.

    Dlaczego SUP-y?

    JACK WOLFSKIN: SUP-y to dość ciekawy wybór w erze pogoni za ekstremalnymi emocjami. Skąd się bierze ten fenomen? Przecież tyle desek już pływa po naszych wodach, kite’y, wake’i, deski windsurfingowe – ludzie lubią prędkość.

    SARA GRANDYS: Faktycznie, ludzie poszukują coraz większej dawki emocji, nowych bodźców, wrażeń. Na nartach wodnych czułam się fenomenalnie, ale to bardzo intensywny sport, którego nie mogę uprawiać bez motorówki. Jest prędkość, ale adrenalina szybko znika. Przy kicie z kolei jestem zależna od wiatru, a przy surfingu od fal. Na SUP-ie jestem wolna, nie ogranicza mnie konieczność występowania niezbędnych warunków atmosferycznych ani obecność innych osób, z którymi mogę się zderzyć. Mogę pływać zarówno po rzece, w środku miasta i po górskich jeziorach. Gdy jesteś na wodzie, liczy się tylko twoje przygotowanie fizyczne i doświadczenie, które może pomóc w wyjątkowych sytuacjach. Najpierw zaczynasz wiosłować i utrzymujesz równowagę, potem odkrywasz, że na desce można trenować, a dla relaksu uprawiasz jogę lub stajesz na desce na głowie. Jeśli chcesz poczuć trochę magii i popływać w nocy przy świetle księżyca, proszę bardzo! Zwierzyć się z czegoś przyjacielowi - siądź na środku jeziora i opowiedz mu o czymś bez świadków. Pięknie jest rozpocząć dzień, pływając o wschodzie słońca, a na koniec, jedząc śniadanie na środku wody.

    ŁUKASZ „SANTA” CHOCHOROWSKI: SUP też kojarzył mi się z brakiem dynamiki. W SUP-ach na pierwszy rzut oka nie ma niczego seksi. Jednak kiedy zaczniesz pływać i uświadomisz sobie, jak ciekawy jest świat z tej perspektywy, to sytuacja obraca się o 180 stopni. Pływanie w kółko po jeziorze w pewnym momencie może okazać się mało ciekawe, ale kiedy możesz zobaczyć Wawel z poziomu wody, spłynąć Wisłą z Tyńca do Krakowa, pojechać do Norwegii i zwiedzać fiordy na desce, to wszystko się zmienia. Z wody można zobaczyć prawie każde miejsce na świecie, przy czym nikt o tym nie mówi. W SUP-ach niesamowite jest to, że po dwóch godzinach pływania każdy jest już w stanie ustać na desce i czerpać z tego radość. My z Sarą staramy się skalować ten efekt i pokazywać, że SUP to nie jest tylko „ponton” do pływania przy plaży, a wspaniałe narzędzie do podróżowania.

    para na deskach SUP|fot. SUP Kultura Kraków

    Czy istnieje forma jakiejś rywalizacji na SUP-ach? Wiem, że na rynku da się kupić sztywne, długie i wąskie deski do szybkiego pływania.

    SARA: Tak naprawdę, jeśli chodzi o SUP-y Polska dopiero raczkuje. Sporadycznie organizowane są zawody, ale to nie ta skala, co chociażby w malutkiej Słowenii, gdzie na wodzie pojawia się na raz około 500 desek. Grudniowy podbój Sekwany to 600 SUP-ów z Wieżą Eiffla w tle, a pływanie zimą nie jest niczym nadzwyczajnym.

    ŁUKASZ: W zawodach przede wszystkim ścigamy się na długich i krótkich dystansach, są też konkurencje kombinacyjne. Oczywiście można pobawić się również we freestyle, który towarzyszy niektórym imprezom jako dodatek. Rozwijając też kwestię wcześniejszego pytania o dynamikę – SUP może również służyć do surfowania. Z pozoru to zwykła deska, na której możemy się przemieszczać i pływać, ale możemy również na niej całkiem fajnie surfować i łapać fale. SUPy wywodzą się z Surfingu, więc również istnieją imprezy surferskie. Świetne jest to, że możesz mieć jedną deskę, na której dzisiaj pływasz pod Wawelem, jutro robisz na niej spływ Dunajcem, a trzeciego dnia jesteś nad morzem i łapiesz fale. Tylko kreatywność może cię ograniczyć.

    Łukaszu, wspomniałeś o uniwersalności sprzętu, a jest przecież sporo typów desek dostępnych na rynku. Pływasz tylko na jednej – allround?

    ŁUKASZ: Nie, oczywiście dobieram, ponieważ tak jak przy każdym rodzaju sportu, tu też nie możesz powiedzieć, że masz jeden rodzaj sprzętu do wszystkiego. Najwygodniej jest mieć deskę dedykowaną do danego rodzaju pływania, przy czym deski allround to najlepsze wyjście, jeśli chodzi o jedną deskę do różnych zadań. Ja jestem zakochany w deskach touringowych, które są dłuższe, bardziej wyporne i lepiej trzymają kierunek, dzięki czemu nadają się na długie trasy i dają poczucie jakbyś płynął czołgiem po wodzie. Przy długich trasach – 30, 40, 50 km, czyli takich jak robiliśmy w Norwegii, wraz z całym sprzętem campingowym, decha touringowa daje pełne poczucie komfortu. Ostatnio zaczynam też romansować z deskami race’owymi tzn. wyścigowymi, które są typowymi przecinakami do wody. Ten rodzaj desek również dzieli się na pompowane i twarde, jednak profesjonalny sprzęt to już zazwyczaj deski ‚twarde’, które są już dużo trudniejsze w transporcie i przechowywaniu.

    Od podróży do pływania na SUP-ach

    Odłóżmy na chwilę temat desek – skąd wzięło się to wasze wspólne zainteresowanie sportem i podróżami?

    ŁUKASZ: Z Sarą przecinaliśmy się prywatnie i zawodowo w różnych miejscach, zarówno jeśli chodzi o wyjazdy zimowe w Alpy, ale także pracę instruktorską, eventową, oraz przewodnicką. Przez pewien czas nie mieliśmy ze sobą dłuższego kontaktu. Mniej więcej dwa lata temu pojechaliśmy razem na wyjazd do Włoch i powolutku wszystko zaczęło się zazębiać. Były wspólne zajawki, chodziliśmy na skitourach i splitboardach, poznawaliśmy świat z tej strony, gdzie nie ma ludzi, bo od tego zawsze uciekaliśmy - bliżej natury, taka była nasza zasada.

    SARA: Myślę, że u podstaw naszych podróży leży potrzeba wiecznego ruchu i przygody. Oboje mieliśmy zawsze coś do zrobienia i kolejne miejsce do zobaczenia. Przy charakterach które posiadamy, potrzebowaliśmy czegoś, co będzie formą aktywności, ale jednocześnie pozwoli nam odetchnąć. I tak oto pojawiły się SUP-y, które są takim naszym wentylem bezpieczeństwa.

    ŁUKASZ: Tak jakoś poszło, Sara też bardzo mnie wspierała, kiedy wychodziłem z dość dużej kontuzji. Jestem i zawsze byłem osobą mega aktywną. W pewnym momencie skasowałem kolano, zerwałem trzy więzadła, a Sara pomagała mi stawać na nogi.


    Czytaj także:


    A SUP-y? Jak to się u Was zaczęło?

    SARA: Z SUP-ami po raz pierwszy spotkałam się na Sardynii, to było w 2015 roku. Spędzałam tam lato pracując w szkole sportów wodnych. Dzięki temu mogłam spróbować wielu z nich od flyboarda, przez narty wodne i wiele innych. Były tam również SUP-y, które w szmaragdowej zatoce dawały szansę odpłynąć dalej od brzegu bez konieczności używania motorówki. Potem wróciwszy do Polski nie chciałam rezygnować z wodnej perspektywy i kupiłam swoją pierwszą deskę. Muszę się pochwalić, że to ja pokazałam SUP-y Łukaszowi.

    ŁUKASZ: Tak, to było dokładnie rok temu na Helu, ale wtedy po raz pierwszy spojrzałem na SUP-a i nie byłem urzeczony. Wystarczyło jednak wejść na dechę i wszystko się zmieniło – miłość od pierwszego uderzenia wiosłem.

    Jak to jest z tym pływaniem, pływa się tylko przy brzegu? Jak wygląda sprawa bezpieczeństwa?

    SARA: Bezpieczeństwo to podstawowa sprawa, dlatego musimy być pewni, że jesteśmy w stanie zapanować nad sytuacją. Jeśli chcemy wypłynąć kilka kilometrów od brzegu, to musimy być pewni, że damy radę dopłynąć w konkretne miejsce lub z powrotem do brzegu. Niewątpliwie trzeba sobie zdawać sobie sprawę z warunków atmosferycznych, fal czy występujących nurtów. Sami wiele razy doświadczyliśmy tego w Norwegii, gdzie widzieliśmy brzeg, ale prąd ostro dawał się we znaki. SUP nadaje się na każdy rodzaj akwenu wodnego, bez względu na to, czy będzie to jezioro, zatoka czy rzeka. Trzeba tylko pamiętać, że nie zawsze da się wszystko przewidzieć i zaplanować, a czasami może wydarzyć się coś, co nas zaskoczy – np. zerwie się silny wiatr, który utrudni nam dalszą podróż.

    Dlaczego pływanie na SUP-ie jest takie atrakcyjne i jest lepsze od pływania kajakiem? Pozornie są to podobne sporty.

    ŁUKASZ: Nam serca kradną przede wszystkim deski pompowane. Deska, która ma 3,5 metra, w ciągu 30 sekund staje się deską, która ma 80 cm wysokości i ok. 40 cm grubości, dzięki czemu jesteśmy w stanie wrzucić ją do średniego plecaka turystycznego. Bierzesz taką dechę na plecy, idziesz z nią w miejsce, w którym chciałbyś być, pompujesz i wypadasz na wodę. Jeżeli chodzi o kajak, to zazwyczaj nie ma takiej możliwości, ponieważ jest twardy, a jego transport sprawia sporo kłopotów. Sami bardzo je lubimy, ale w kajaku jesteś zamknięty, siedzisz i masz jedną pozycję, jakbyś zamarzł, na SUP-ie masz tych możliwości dużo więcej, możesz stać, możesz siedzieć, możesz klęczeć, zmieniać pozycje i bez żadnego problemu schodzić na każdy brzeg, który Ci wpadnie w oko.

    SARA: Na SUP-ach z pewnością można odkrywać miejsca zupełnie niedostępne w inny sposób niż przy pomocy motorówki, łodzi żaglowej czy pontonu. Mieć możliwość podpłynięcia do brzegu, zobaczenia, co tam się znajduje i zejścia z deski bez kąpieli to niewątpliwy atut.
    Nie zaryzykowałabym nazwania SUP-ów lepszymi od kajaków, są zwyczajnie inne. Stojąc na desce jesteś znacznie wyżej niż w kajaku, gdzie cały czas siedzisz. Chcesz się na chwilę położyć - nie ma problemu. Zmiana perspektywy pokazuje czasem zupełnie inne oblicze oglądanej rzeczywistości. Według mnie jedyne co łączy SUP i kajak to fakt, że wiosłując przemieszczasz się po wodzie.

    pływanie na deskach SUP w Norwegii|fot. SUP Kultura Kraków

    No tak, i SUP-y generalnie kształtują całą naszą sylwetkę, nie tak jak kajaki, tylko od pasa w górę.

    ŁUKASZ: To też powód, dlaczego SUP-y sprawiają nam tyle frajdy. To sport, który każdemu, bez względu na wiek, służy tak samo dobrze. Nawet podstawowa metoda wiosłowania nazywa się full body method i odnosi się do tego, że w momencie, kiedy wiosłujesz, pracują wszystkie mięśnie w twoim ciele – kiedy jedne pasma mięśni pracują aktywnie, reszta też pracuje ale pasywnie. W efekcie, gdy płyniesz na SUP-ie, jesteś aktywny całościowo, począwszy od twojej ręki przez ramiona, klatkę piersiową, mięśnie skośne brzucha, plecy, mięśnie czworogłowe, dwugłowe, łydki, nawet mięśnie w stopach. Jednocześnie to Ty wybierasz stopień obciążenia i wysiłku. Możesz pływać sportowo, gdzie popychasz swoje ciało do granic i starasz się osiągać coraz lepsze wyniki. Z drugiej strony możesz pływać czysto rekreacyjnie.

    SUP Kultura to mega odważny projekt, weszliście, z jednej strony, na zupełnie pusty rynek, ale z drugiej, na rynek bez wykreowanej konkretnej potrzeby. Powiedzmy sobie szczerze, ile procent Polaków słyszało o SUP-ach?

    SARA: Przychodzą do nas ludzie, którzy patrzą na dechy i mówią „hej, gdzieś to widziałem, ale nie wiedziałem co to, chciałbym spróbować”. Świadomość w Polsce z pewnością rośnie, ale nie jest to jeszcze ten etap, że jedziesz na Mazury i widzisz ludzi, którzy licznie zwiedzają na deskach wodne zakamarki, jak już teraz dzieje się w wielu krajach na zachodzie.

    ŁUKASZ: Nie ukrywamy, że mogliśmy otworzyć sklep i zacząć sprzedawać deski, wierząc, że ktoś wreszcie też będzie u nas pływał. Dużo bliskich osób mówiło nam, że jesteśmy wariatami, gdzie chcecie pływać? Na Wiśle? Przecież Wisła jest brudna, a w Polsce lato trwa bardzo krótko. Dla nas sezon trwa cały rok, poza latem pływamy również jesienią, zimą i wiosną, nawet jak pada deszcz, czy śnieg – pogoda dla wielu osób jest pretekstem, by czegoś nie robić. Wyszliśmy z założenia, że jeśli SUP-y mają się u nas pojawić, to jest potrzebny ktoś, kto będzie pokazywał to ludziom jako mega fajny sprzęt do podróżowania i zwiedzania świata, ale też podejdzie do tematu merytorycznie, bo ludzi trzeba „zajawić”, zaszczepić im te pozytywną energię, żeby wiedzieli co mają zrobić. Spotkaliśmy wiele osób na naszej drodze, które mają własne SUP-y, kupili dechę, popływali dwa, trzy razy i więcej nic z tym nie robili, bo myśleli, że na Wiśle poruszać się nie wolno. Poza tym po chwili pływania temat szybko zaczynał im się nudzić, nie widzieli w tym celu. Właśnie dlatego chcemy zbudować wokół SUP-ów społeczność, żeby ludzie pływali razem, poznawali się, wymieniali doświadczenia. Chcemy żeby Wisła zaczęła ożywać. W zeszłym roku powiedzieliśmy sobie, że mamy marzenie, mieć na wodzie minimum 100 desek, a patrząc na to, ile osób przeszkoliliśmy w tym roku, okazuje się, że bardzo mocno niedoszacowaliśmy tej liczby.

    SARA: Wiele osób pyta nas w jakim wieku można pływać. SUP-y nie dyskryminują nikogo, dopóki jesteś w stanie samodzielnie wiosłować i kontrolować deskę. Jeśli ktoś nie ma siły lub SUP entuzjasta jest jeszcze za młody, zawsze mogą popłynąć jako pasażerowie. Stand up paddle to aktywność ogólnorozwojowa, która wzmacnia całe ciało – naturalnie tego, kto wiosłuje. Przekrój wiekowy SUP-erów, którzy odwiedzili nas w ubiegłym sezonie to od 9 do ponad 70 lat. Integracja na wodzie, w wymiarze korporacyjnym i indywidualnym to piękne wspomnienie ciepłych dni, kiedy wspólnie zajadaliśmy się różnymi smakołykami na środku rzeki lub jeziora, nie wyłączając grillowania, które również odbywało się na wodzie.

    ŁUKASZ: Moja mama jest tu świetnym przykładem – 63 lata, jej partner 71 lat, na SUP-ach pływają jak źli i bardzo się tym cieszą. Tu nie ma barier, dzięki czemu można trzymać formę nawet do najpóźniejszych lat.

    SARA: Dodam jeszcze, że oczywiście nie tylko my promujemy dechy w Polsce, ale cieszymy się, że zaczyna się robić głośno w tym temacie. Nasza misja to pokazywanie SUP-ów przez pryzmat nie tylko zabawy, ale również przygody i podróży.

    Ostatnio SUP-y stają się coraz częściej obowiązkowym wyposażeniem jachtów, zwłaszcza tych morskich.

    SARA: Tak, to bardzo słuszne spostrzeżenie, często SUP-y dają te same możliwości transportowe, co łódki, można też na nich podpłynąć do samego brzegu, bez cumowania. To kolejny dowód na to, że są miejsca, gdzie te deski to norma.

    Wyprawa do Norwegii z deską na plecach

    Przejdźmy teraz do waszej ostatniej wyprawy – norweskie Lofoty, dlaczego właśnie tam?

    ŁUKASZ: No tak, wydaje się, że najpierw powinniśmy pomyśleć o miejscach, gdzie jesteśmy w stanie fajnie SUP-ować – Sri Lanka, Ameryka Południowa, Karaiby, ale nagle wpadły tanie bilety do Norwegii…

    SARA: Wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiedziały nam właśnie tę destynację. Wiele osób powtarzało nam, że to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widzieli na świecie. W dodatku Lofoty to połączenie morza i gór, czyli wszystkiego co lubimy najbardziej. Z każdej strony otaczała nas piękna i surowa natura, nie było tłoku, a białe noce dawały szansę na pływanie dopóki starczyło nam sił, czasami wiosłowaliśmy całą „noc”, tyle, że bez ciemności.

    ŁUKASZ: Byliśmy też ciekawi, jak będzie wyglądała dłuższa podróż na SUP-ie, lot z dechami i pływanie w warunkach, w których będziemy musieli się sprawdzić. W Norwegii nawet w lipcu nie ma 30 stopni, lampy z nieba i przyjemnego z ciepełka. Dla mnie to nawet lepiej – nigdy nie lubiłem zbytnich upałów i zazwyczaj lipiec i sierpień spędzałem na lodowcu, jeżdżąc na desce. Zatem padło na Lofoty – widoki za milion dolarów, idealne temperatury i fakt, że jeszcze tam nie byliśmy – świetne połączenie. Lubię kiedy życie jest podszyte przygodą.

    Lofoty na deskach SUP|fot. SUP Kultura Kraków

    Podróż wymaga spakowania się i zabrania ze sobą desek, leashy, kamizelek i zapewne wielu innych rzeczy. Zmieściliście się w bagaż samolotowy?

    ŁUKASZ: SUP-y sa bardzo kompaktowe, po złożeniu do dedykowanej torby wchodzi jeszcze pompka, wiosło, leash i kapok, który za każdym razem mamy ze sobą, bo to jest rzecz, która zawsze może się przydać, nawet jeśli nie bezpośrednio dla nas, to dla kogoś, komu będziemy musieli pomóc. W torbach nawet z tymi wszystkimi rzeczami zostaje jeszcze sporo miejsca, na resztę sprzętu, nawet i drona.

    SARA: Pakowanie to coś, co robimy na co dzień, więc z tym nie było problemu. Dodatkowo mieliśmy ze sobą namiot, śpiwory, maty i minimalny zapas żywności. Pojechało z nami również sporo odzieży technicznej, która zabezpieczała nas nie tylko w zakresie ciepła, ale posiada też odpowiednie parametry techniczne. Podczas pływania niezwykle ważne jest poprawne odprowadzanie wilgoci, szybkie schnięcie, elastyczność i waga. Polecamy tu przy okazji odzież Jack Wolfskin, m.in. softshell, który sprawdził się świetnie. Zmieściliśmy wszystko do trzech toreb SUP-owych i dwóch plecaków, razem wyszło nam 110 kg bagażu łącznie.

    We dwoje daliście radę przenieść 110 kg?

    SARA: Torby na szczęście mają kółka, więc nie było to zbyt wielkie wyzwanie, chociaż same, owszem, nie jechały. Ale dzięki temu mieliśmy ze sobą wszystko, nawet wędki.

    Były jakieś wyjątkowo trudne momenty?

    SARA: Pojawiły się sytuacje, których nie mogliśmy przewidzieć, na przykład natknęliśmy się na silny wiatr w jednej z zatok, czy spotkaliśmy wielkie promy, z którymi na desce nie mieliśmy żadnych szans. Nieprzewidywalna była również natura, np. foka, która wynurzyła się kilka metrów przed nami. Musieliśmy sobie szybko przypomnieć lekcję biologii – czy jest to słodki pluszak czy niebezpieczny drapieżnik? Lofoty były dla nas absolutnie inną rzeczywistością. Chociaż na każdym kroku musieliśmy pamiętać, że występują tam jedne z najsilniejszych prądów na świecie, zmienna pogoda i niezwykle surowe otoczenie.

    ŁUKASZ: To są takie warunki, których w Krakowie nie uświadczysz, na wodach otwartych wszystko bardzo szybko się zmienia. Z jednej strony płyniesz pomiędzy fiordami i jesteś zasłonięty górami, skałami, a z drugiej wypływasz na otwartą wodę i już warunki są totalnie inne. Prądy mają tu duże znacznie, bo raz płyniesz z prędkością 4/5 km/h, a za chwilę praktycznie stoisz w miejscu przemieszczając się 2 km/h. Mieliśmy farta, bo przez dużą część wyprawy towarzyszyła nam bardzo dobra pogoda, a reszta była kombinacją walki z żywiołami – było ciekawie, ale warto podchodzić z głową do tego typu tematów. Lofoty nas sporo nauczyły, pokora w spotkaniu z dziką naturą to podstawa. Wróćmy jeszcze do ubrań, mieliśmy ze sobą zawsze razem trzy zapasowe zestawy odzieży, bo musieliśmy być przygotowani na to, że zdarzy nam się nieoczekiwana kąpiel, a wtedy trzeba szybko się przebrać, zagrzać i płynąć dalej. Jak jesteśmy gdzieś między fiordami, 30 km od najbliższej wioski czy cywilizacji, a do kolejnej jest tak samo daleko, to nie ma wyjścia, musimy być gotowi na wszystko. Rozmiar i waga ciuchów miała dla nas bardzo duże znaczenie, w końcu jeden zestaw to kurtka, koszulka i spodnie. Na szczęście, nie udało nam się ani razu wykorzystać wszystkich zapasów. Daliśmy spokojnie radę, aczkolwiek komfort psychiczny odgrywał tutaj dużą rolę.

    SARA: To był nasza pierwsza, ale z pewnością nie ostatnia przygoda z Norwegią. Byliśmy bardzo zaskoczeni, ponieważ myśleliśmy, że spotkamy na miejscu wielu ludzi, którzy będą robili to samo, co my. Nastawialiśmy się na zobaczenie wodnych autostrad kajakarzy i SUP-erów, z którymi będziemy zbijać piątki, tymczasem kajaków spotkaliśmy raptem kilka, a SUP-ów nie widzieliśmy wcale. Dwa tygodnie przed naszym wyjazdem, jadąc tramwajem w Krakowie, natknęłam się na bardzo bladą, piegowatą panią, która walczyła z mapą i szukała jakiejś ulicy. Po udzieleniu jej wskazówek jak dotrzeć do celu zaczęłyśmy rozmawiać i okazała się być Norweżką, która pochodzi, a jakże, z Lofotów. Fantastyczny zbieg okoliczności! Zwłaszcza że cały archipelag zamieszkuje niewiele ponad 24 tysiące osób. Później już, ta bardzo sympatyczna i ciepła postać przejechała kawał drogi, aby przewieźć nas samochodem na drugi koniec wysepek, zdradzając po drodze masę ciekawostek i sekretów tego miejsca oraz pokazując nam, jak żyją lokalni ludzie. Powiedziała też, że takiego czegoś na czym pływamy jeszcze na Lofotach nie widziała. To chyba zaskoczyło mnie najbardziej, bo odniosłam wrażenie, że mieszkającym tam ludziom znacznie szybciej byłoby wejść na deskę i popłynąć do sklepu po drugiej stronie zatoczki niż jechać samochodem na około.

    ŁUKASZ: A propos ciekawych zbiegów okoliczności, była też dziewczyna, która trzy dni przed naszym wyjazdem kupiła u nas voucher na prezent dla swoich znajomych. Wymieniliśmy później kilka maili, przepraszała, że nie miała więcej czasu żeby się z nami popływać, a na koniec napisała „w razie czego zapraszam do mnie na Lofoty, jak byście chcieli kiedyś popływać daleko od domu”. Siedziałem przed komputerem i myślałem – nie wierzę. Szybko jej odpisałem, że za trzy dni będziemy na dalekiej północy, 2000 km dalej. Wszystko składało się w jedną całość.

    Jak wyglądał taki wasz typowy dzień w Norwegii? Wyobrażam sobie totalnie wychillowaną wyprawę z wskakiwaniem na dechę i pływaniem od punktu do punktu.

    SARA: Ogólnie mieliśmy bazę wypadową, ale spaliśmy też pod namiotem. Wszystko zależało od tego, jak zaplanowaliśmy sobie dany etap podróży. Bagaże mieliśmy przyczepione do desek, dzięki temu planując trasę byliśmy totalnie niezależni. Oczywiście, gdyby cały czas padało, to wszystko mogłoby się inaczej potoczyć.

    ŁUKASZ: Akurat ten wyjazd w większości przebiegł bardzo spokojnie. Okazało się, że świat i ludzie są dla nas dobrzy, więc z noclegami daliśmy sobie radę bez większych problemów. Dużą przeszkodą w Norwegii było to, że chcieliśmy zobaczyć wiele miejsc, a nie mieliśmy auta (skoro naszym głównym celem było przemieszczanie się po wodzie). Mogliśmy zastanawiać się nad autostopem, ale rozciągnęłoby to plan naszej podróży w czasie. A tu proszę, na każdym kroku byliśmy gdzieś podrzucani. Dużym atutem było to, że SUP-y są pompowane, gdybyśmy wyskakiwali nagle z trzymetrową dechą chcąc złapać stopa, to o transporcie moglibyśmy zapomnieć. Jeśli zaś chodzi o samo spanie pod namiotem, to na Lofotach było niesamowicie. Jak na razie jest to najfajniejsze miejsce w jakim byłem, które na długo pozostanie w mojej pamięci.

    Łukasz i Sara w górach na deskach SUP|fot. SUP Kultura Kraków

    Mówicie o sprzęcie przytroczonym do desek, co w razie wywrotki lub jak wpadnie do wody?

    SARA: Normalnie na desce trudno się wywrócić, trzeba tylko uważać na silny wiatr, który tę deskę może podnieść –– tak było w moim przypadku. Gdy SUP jest dociążony, zachowuje się jak taki mały prom. Łukasz akurat wiózł nasz cały sprzęt przyczepiony gumami transportowymi. Wszystko było umieszczone w wodoodpornych torbach, gdzie mieliśmy ubrania na zmianę, drona, trochę jedzenia, ale byliśmy dość solidnie opakowani. Dry bagi to bardzo proste worki, które skutecznie zabezpieczają przed wodą, więc płynęliśmy na pełnym luzie.

    ŁUKASZ: Pływaliśmy też na trochę szerszych i bardziej stabilnych deskach touringowych. Uprzedzę jednak twoje pytanie, nie braliśmy SUP-a o większym rozmiarze, nie było potrzeby. Ja na co dzień pływam na desce, która ma ok. 115/120 kg wyporności i to w zupełności wystarczyło.

    Co dalej?

    Jakie są Wasze plany na przyszłość? Jaka kolejna destynacja? Może macie w planie jakieś niekonwencjonalne akcje – ostatnio widziałem SUP-owy kulig na Zatoce Gdańskiej, grupa osób płynęła w ciągu na powiązanych deskach.

    ŁUKASZ: Chcemy dalej pokazywać, że SUP to nie „materac”, na którym można chwilę popływać na plaży czy jeziorze, jest to niesamowity sprzęt na którym można znacznie więcej zrobić i zobaczyć. W najbliższym czasie będziemy często na rzekach górskich, Poprad i Dunajec. Teraz była pełnia księżyca, więc cały dniami i nocami byliśmy na wodzie, bo tzw. moon tripy i nocne pływanie to jedna z naszych ulubionych zajawek. Śniadania, czy SUP poranki, czyli pływanie o wschodzie, to też już dla nas standard. Nie zamykamy się na żadne możliwości, bo jaramy się SUP-ami i ciągle wymyślamy coś nowego. Teraz robimy na przykład kolacje na deskach, gdzie zajadamy sushi, a przy okazji odbywa się mały festiwal piwa bezalkoholowego, które ostatnimi czasy bardzo mocno podskoczyło jakościowo. Zależy nam też na tym, by pokazywać ludziom, że mimo spadającej temperatury, wciąż można pływać.

    SARA: Jeśli mówimy o dalszych wyprawach w większym gronie, to będziemy brać ze sobą grupy osób, również na akcje typu Lofoty, chociaż nie będzie to jednak otwarta rekrutacja, na zasadzie kto się zapisze, ten jedzie. Chcemy, by wybrali się z nami jedynie ci zaprawieni w boju, osoby które są przygotowane i świadome tego, na co się piszą.

    A prywatnie, gdzie chcecie odpocząć?

    SARA: Tu musimy się podzielić, ja planuję wyjazd w Dolomity i pływanie właśnie tam. Niestety nie zawsze może być tak pięknie, że będziemy jeździć razem. Obowiązki nas trochę ograniczają, ktoś musi być na miejscu i pływać z naszymi stałymi klientami.

    Łukasz, a ty?

    ŁUKASZ: Szykuję się, żeby skoczyć Wisłą z Krakowa do Gdańska.

    No nieźle, chciałbyś to zrobić na wiosnę czy jakoś teraz?

    ŁUKASZ: Zamknęliśmy ciepły sezon i zaczynami zimowe spływy. Planowałem na koniec września, podziękować matce polskich rzek i zobaczyć jak wygląda jej przebieg w praktyce. Miała to być dobra opcja, żeby zrobić sobie małe katharsis i przemyśleć to, co zrobiliśmy do tej pory, zastanowić się, co w kolejnym sezonie. Pogoda i sytuacja jednak mnie zweryfikowały, dlatego ostrzę się na wiosenną wyprawę. To świetny challenge, chciałbym zobaczyć, czy w ogóle dam radę. Przede mną było już kilka osób, jednym się udało, innym nie. Ja się chętnie się przekonam na własnej skórze po której będę stronie. Szacuję, że zajmie mi to 15-20 dni, ale zobaczymy, wszystko zależy od pogody, ilości wody i nurtu Wisły.

    Świetnie, życzymy zatem powodzenia Wam obojgu!

    ŁUKASZ: Na koniec chciałbym jeszcze tylko dodać, że na SUP-ach nie musisz być mistrzem świata, żeby zrobić to, co my zrobiliśmy w Norwegii. Trzeba być oczywiście przygotowanym, ale jest to możliwe dla każdego. Nie trzeba mieć ogromnego doświadczenia, wystarczy powoli zwiększać stopień trudności i próbować coraz to nowych miejsc.


    Sara Grandys – przewodniczka turystyczna, tłumaczka i pilotka wycieczek zafascynowana Włochami. Na każdym kroku szuka magii zaklętej w momentach, chwilach i miejscach – dlatego zajmuje się podróżowaniem. Jest nieustannie głodna świata, ludzi i pozytywnej energii, dlatego też pływa na desce.

    Łukasz „Santa” Chochorowski – snowboardzista, który całe życie był związany ze sportami deskowymi, zazwyczaj od kwietnia do grudnia jeździł po Alpach, a góry były jego domem. Po wypadku został czasowo wykluczony ze sportów dynamicznych i za sprawą Sary odkrył SUP-y – przepadł w nich totalnie.

    Sara i Łukasz są SUP-owymi ambasadorami marki Jack Wolfskin. Razem tworzą projekt SUP Kultura w Krakowie, w obrębie którego gromadzą społeczność SUP-ową, organizują eventy, uczą ludzi miłości do SUP-ów i promują podróżowanie po świecie z deskami. Zachęcamy do zajrzenia na ich profil na Facebooku.

    Powiązane Wpisy

    Kobiety w alpejskich służbach ratowniczych – wywiad z Sabriną Wurzer, austriacką ratowniczką górską

    Kraje alpejskie mogą poszczycić się blisko 100-letnią historią ratownictwa górskiego. Akcje ratownicze odbywają się tam bez względu na pogodę czy ukształtowanie terenu. Ratownicy głównie są ochotnikami, ale mając na uwadze ostateczny cel, jakim jest ludzkie życie, poświęcają ogrom czasu na odpowiednie przygotowanie i edukację. Kiedy bowiem przybywają na miejsce zdarzenia, ich działania muszą być perfekcyjne. Kandydaci do służby (w większości doświadczeni alpiniści) przechodzą trzy-czteroletnie bardzo trudne szkolenie, aby móc bezpiecznie ratować ludzi z sytuacji podbramkowych w górach. Czytaj więcej

    Komentarze (0)

    Zamieńmy smog w diamenty – wywiad z holenderskim artystą Daanem Roosegaardem o designie społecznym i potędze zbiorowości

    A gdyby się okazało, że tańczący tłum na parkiecie może wyprodukować więcej energii niż sam zużywa? A gdyby wirusy można było usunąć z powietrza za pomocą słońca, przy czym sam proces byłby niezwykle estetyczny? A gdyby obdarowywanie diamentami naszych bliskich pomagało neutralizować niezliczone metry sześcienne miejskiego smogu, a zakup kosztowności wspierałby technologię oczyszczania powietrza? Wszystkie te scenariusze brzmią fantastycznie, ale dzięki holenderskiemu artyście i projektantowi Daanowi Roosegaardemu i jego idei designu społecznego, już są w sferze naszych możliwości. Czytaj więcej

    Komentarze (0)

    Jack Wolfskin i Zen Gór zapraszają na podcast z serii At Home Outdoors z Martyną Wojciechowską

    Pełne świadomości doświadczanie, czerpanie garściami z natury, z ruchu i własnych, codziennych przygód to coś o co warto walczyć, niezależnie od długości czy egzotyki życiowych podróży. Z tego właśnie powodu do podcastu Zen Gór wraz z Adamem Balionem zaprosiliśmy Martynę Wojciechowską, która od lat inspiruje Polaków do doświadczania właśnie, poczucia empatii i samoakceptacji, a przy tym towarzyszy wilczej watasze Jack Wolfskin. Czytaj więcej

    Komentarze (1)

    Powiązane produkty